2015.05.25 ŁOP (4)

Bar Bluszcz

Przez żołądek do serca – tak można by określić dewizę Baru Bluszcz – niewielkiej naleśnikarni znajdującej się w biurowcu Łużycka Plus. I to nie tylko dlatego, że historia tego miejsca jest dość romantyczna, ale przede wszystkim z uwagi na fakt, że właścicielki Baru – Pani Monika i Pani Ola – ujmują ciepłem, słuchają swoich gości i starają się gotować tak, by zdobyć ich serca. Stawiają na proste składniki i świeże produkty. Chcą, żeby ich goście zjedli sycąco, ale zdrowo – jak u mamy. To miejsce daje okazję na dobry posiłek, który doda energii w pracy.

Z właścicielkami Baru Bluszcz porozmawialiśmy o historii tego miejsca, oferowanych tu daniach, ich inspiracjach oraz upodobaniach kulinarnych gości.


Jak powstał Baru Bluszcz? Skąd pomysł na ten rodzaj kuchni i nazwę?

Pani Monika (PM): Nie jesteśmy autorkami tej koncepcji. Naleśnikarnię przejęłyśmy od naszej szefowej, która była jej założycielką i prowadziła ten lokal od 2009 roku. Później się zakochała. Miłość okazała się tak silna, że wyjechała za granicę i po prostu szukała kogoś kto ją zastąpi. Jeśli chodzi o nazwę, to jej geneza jest nie mniej romantyczna – inspiracją do jej powstania był podziwiany przez naszą szefową, pięknie pnący się krzew bluszczu. Ta nutka romantyzmu czasem nam się udziela i obserwujemy goszczące u nas pary zastanawiając się, czy są tylko znajomymi z pracy, czy może za ich spotkaniami stoją jakieś ciekawe historia miłosne (śmiech).

Pani Ola (PO): Na co dzień jednak twardo stąpamy po ziemi.  Nie rzucałyśmy się na głęboką wodę przejmując lokal od szefowej. Uważałyśmy, że mamy wystarczająco dużo wiedzy i doświadczenia, by spróbować. Monika pracowała 13 lat w barze wegetariańskim i rok tutaj; ja spędziłam tu 3 lata, a pracę zaczęłam bezpośrednio po szkole gastronomicznej, więc ścieżkę kariery rozwijam zgodnie z wykształceniem. Jednak gotowanie, to nie tylko nasz zawód, to także nasza pasja. Wkładamy w to dużo serca.

 

Jaką kuchnię prowadzicie?

PO: Bar Bluszcz od początku był naleśnikarnią, w której sporadycznie pojawiały się także dania obiadowe. W ofercie nadal króluje bardzo szeroki wybór naleśników – wytrawnych z mięsem, pełnych warzyw oraz na słodko – ale dania dnia weszły w stałą ofertę. Codziennie proponujemy inny obiad składający się z zupy i dania głównego. Tego potrzebują nasi goście. Każdego dnia wsłuchujemy się w ich opinie i poznajemy gusta. Często z samego rana kupując kanapkę na drugie śniadanie już pytają co będzie na obiad, jaka zupa, a jaka sałatka. Pytamy, jaką chcieliby zjeść i zgodnie z ich podpowiedziami przygotowujemy menu dnia.

PM: Stawiamy na świeże, naturalne produkty. Nawet jeżeli przygotowujemy dania, które trudno nazwać dietetycznymi, bo zawierają śmietanę, mąkę, czy oliwę, to najważniejsze dla nas jest, aby te składniki były jak najwyższej jakości. Przywiązujemy także dużą uwagę do szczegółów. Na przykład z doświadczenia zdobytego w barze wegetariańskim wiem, że wegetarianie nie lubią, gdy posiłki dla nich przyrządzane są razem z daniami mięsnymi. Dlatego do przygotowywania dedykowanych im potraw używamy oddzielnych desek, noży i innych akcesoriów.

 

Jakie dania najczęściej wybierają wasi klienci? Co lubią zjeść w krótkiej przerwie na lunch? Stawiają na kuchnię polską, czy bardziej egzotyczną?

PM: Najczęściej goście chcą zjeść to co zjedliby w domu, ale przychodzą do nas, bo na co dzień nie mają czasu by gotować. Częściej niż o sałatkę z ananasem pytają o gulasz „jak u mamy”. Dlatego dania dnia, to najczęściej kuchnia polska – tradycyjny schabowy, mielony albo gołąbki. Nie oznacza to, że zjedzą u nas tylko łasuchy. Staramy się, aby nawet typowo polskie dania były lekkie, a osiągamy to korzystając z naturalnych, dobrych składników. Z myślą o dbających o linię niedawno uzupełniliśmy też  sprzęt kuchenny, który pozwoli nam przyrządzać dania na parze oraz pieczone. Zdrowa, lekkostrawna dieta nie musi przecież oznaczać liścia sałaty na talerzu.

PO: Ważna jest także różnorodność – mając wielu stałych klientów nie chcemy dopuścić do tego by się naszą kuchnią znudzili. Dlatego co jakiś czas, w oparciu o ich uwagi zmieniamy menu – wpisujemy do karty ulubione potrawy i eliminujemy te, które cieszą się najmniejszą popularnością.

 

Ciekawostką są nazwy niektórych dań… Tu również widać inspirację gośćmi

PM: Rzeczywiście, na przykład jeden z naleśników wziął swoją nazwę od pewnego klienta, który nie mogąc zdecydować się na jedną z proponowanych opcji, przez dłuższą chwilę próbował skomponować coś dla siebie, na zmianę wybierając i odrzucając poszczególne składniki. Gdy w końcu skomponował swoje danie, wpisaliśmy je do menu pod żartobliwą nazwą „Maruda”. Inne nazwy takie jak Ramoneska, czy Princessa, to proste skojarzenia z życia codziennego lub zaczerpnięte z blogów kulinarnych, na które chętnie zaglądamy w poszukiwaniu inspiracji.

Zapoznaj się z całym menu: http://www.barbluszcz.pl/

Znajdź Bar Bluszcz na FB: https://www.facebook.com/barbluszcz/